W ubiegłym tygodniu, po 17 latach przerwy pojechałem na wycieczkę szkolną. I to od razu dwudniową!! Tym razem jednak nie jako uczestnik, ale zadebiutowałem w roli opiekuna 49 trzecioklasistów.

Szybciej. Ciszej. Parami. Przeliczmy się. Idziemy. – te słowa jak mantra padały podczas tych dwóch dni najczęściej, ale skłamałbym gdybym powiedział, że rola opiekuna szkolnej wycieczki ogranicza się tylko do pilnowania porządku.

Zresztą, zobaczcie sami:

Dzień I

7.30 Niedospani, uśmiechnięci i przeliczeni (po raz pierwszy) ruszamy autokarem w stronę autostrady A1.

7.32 Siedzę w pierwszym rzędzie za kierowcą. Jeszcze tego nie wiem, ale dziki hałas buzujący za uszami będzie mi towarzyszył nieustannie przez najbliższe dwa dni.

8.15 Pierwsze pytania o siku.

9.00 Postój na autostradowym MOP w wiadomym celu. Chwilę przed nami przy toaletach zaparkował autokar z pielgrzymką. Kolejka do damskiej dłuższa niż do kasy w Biedronce przed świętami. Nauczycielki sterują ruchem dzieci w męskiej toalecie. Gdy wyjeżdżamy kolejka pielgrzymów jeszcze się nie skończyła. Przeliczamy się i jedziemy.

10.45 Solec Kujawski. Pierwszy cel podróży. W związku z zakazem jedzenia w autobusie, na postoju autokar opuszczają dziesiątki opakowań po słodyczach. Gdyby nie zakaz, byłyby ich pewnie setki.

11.20 Pięć minut po kolejnym przeliczeniu i rozpoczęciu zwiedzania są pierwsi ranni – Octenisept, plaster na kolano i słowa pełne otuchy załatwiają sprawę.

11.45 Od grupy chłopców dolatują do mnie dawno niesłyszane żarty z dzieciństwa:

Powiedz szybko: Małpa zje banana

A jadłeś rosół z kur wielu?

Gdy miłośnicy sucharów pilnują się, by nie udławić się skrywanym śmiechem w trakcie opowieści przewodnika, zastanawiam się czy 30 lat temu też mnie to śmieszyło. Chyba tak.

12.30  Nareszcie są. Pamiątki. Jak na park dinozaurów przystało, podstawowymi pamiątkami kupowanymi przez dzieci są gluty, drewniane halabardy i miecze.

14.30 Plac zabaw zbiera kolejne żniwo. Przedwcześnie zużyty Octenisept zastępujemy wodą utlenioną. Krzyk i płacz. Pierwszym dzieciom kończy się kasa na dwudniowy wyjazd.

16.00 Toruń. Po 15 minutach na Rynku pół grupy ma już włócznie, halabardy, łuki, nunczaka (!?) i proce. Wszystkie wycieczki szkolne są podobnie wyposażone – czyżby przygotowania do obrony miasta przed Krzyżakami?

16.30 Obiad zamówiony przez tour operatora. Na czas posiłku  stworzyłem depozyt broni, dzięki czemu mógłbym otworzyć sklepik z pamiątkami. Obiadem prawie nikt się nie najadł. Przeliczamy się i idziemy dalej.

18.00 Toruński bruk sprawia, że powoli kończą się plastry.

20.00 Zakwaterowanie w hotelu. Zamiast do numeru 308 dziewczynki wparowały do 108 i nakryły nauczycielkę innej wycieczki pod prysznicem.

20.30 Wszyscy w pokojach. Usiadłem.

20.32 Wstaję – okrzyki zza ściany oznajmiają mi, że chłopcy znaleźli niedopitą butelkę wódki  w szafie po poprzednich lokatorach. W pokoju dziewczynek naprawiam spłuczkę, a potem łączę łóżka tym, którzy nie chcą spać sami.

20.55 Dzieci nie chcą się przebrać w piżamy, więc mówię im, że im szybciej się przebiorą tym szybciej mogą zacząć pidżama party. Wszyscy znikają w pokojach. Chyba zostanę mówcą motywacyjnym.

24.00 Ostatnie przeliczenie w pokojach. Prawie wszyscy już śpią, nieliczni stęsknieni za rodzicami zasypiają w rytmie pocieszających słów wychowawców.

Łuki, proce, włócznie, halabardy i nunczaka. Typowe pamiątki z wycieczki szkolnej.

Dzień II

6.00 Budzi mnie trzaskanie drzwiami na korytarzu. Spanikowany wyskakuję z łóżka myśląc, że zaspałem. Budzik na szczęście mnie pociesza. Jeszcze pół godziny snu…

6.07 Puk puk puk. Proszę Pana, a przestawi nam Pan łóżka z powrotem? Koniec snu.

7.00 Śniadanie. Pierwsza kawa. Druga od razu też.

8.00 Robię obchód pokoi przed oddaniem kluczy: znajduję liczne bluzy, buty, czapki i paczki ciastek. Broni nikt nie zostawił. Podczas gdy wychowawczynie przeliczają dzieci zjadam w ukryciu ciastka z nadzieją, że cukier mnie obudzi, bo kawa była za słaba. Resztę rzeczy oddaję.

11.00 Po dwugodzinnym spacerze z przewodnikiem wszyscy są bez sił. Po 5 minutowym odpoczynku dzieci w pełni zregenerowane, dorośli niekoniecznie. Przeliczamy się i idziemy lepić pierniki.

13.00 Pierwsze dzieci proszą mnie o pożyczkę. Ustalamy, że oprocentowanie zaczynamy liczyć od jutra. Pożyczam tylko tym, co kupują rodzicom pierniki na pamiątkę. Niech mama i tata też mają coś od życia.

14.00 Zwiedzamy forty. Głównym tematem rozmów jest licytowanie się kto co zamówi w McDonaldzie na powrocie. Nikt w fortach się nie zgubił. Skąd wiem? Bo na koniec się przeliczyliśmy 😉

16.00 McDonald. 5 wycieczek naraz. Armageddon.

17.00 Zdejmujemy czapkę jednego z chłopców z dachu McDonalda. Boję się pytać jak tam się znalazła. Przeliczamy się

18.00 Muzeum Piśmiennictwa i Druku w Grębocinie. Perełka. Najpiękniejsze miejsce podczas wycieczki. I najcichsze. Kumulacja!

19.30 Przeliczamy się po raz ostatni.

20.30 Jednak nie. 9-letnie pęcherze nie wytrzymały. Siku na A1. Na szczęście bez pielgrzymki.

21.00 Podjeżdżamy pod szkołę.

21.15 I nagle zapanowała cisza.

Bonus

22.00 Chcę poczęstować żonę piernikami. Otwieram torbę, a tam plecaczek-miś, przytulanki i różowe ciuszki. Ktoś przez pomyłkę zabrał moją niemal identyczną torbę ze sobą.

Post Scriptum

8.00 następnego dnia: Jestem w pracy. Cisza. Nauczyciele też są w pracy. Ale z dziećmi. Moimi dziećmi. Ciszy brak.

Nauczycielu, jeśli to czytasz, to wiedz, że jeszcze bardziej szanuję Twoją codzienną pracę z dziećmi. Nieswoimi dziećmi!

Rodzicu, jeśli tylko masz możliwość to wybierz się na wycieczkę szkolną, choćby jednodniową, jako opiekun. Dzięki temu:

  • zobaczysz swoje dziecko z innej perspektywy,
  • zobaczysz nauczyciela w pełnym żywiole,
  • i spojrzysz na edukację szkolną zupełnie innymi oczami.

Polecam!

Zdjęcie: aatlas | Pixabay

Spodobał Ci się ten artykuł? Udostępnij go innym. Dzięki poniższym przyciskom zajmie Ci to dosłownie chwilę.

Dzięki