Dlaczego warto pojechać w podróż dookoła świata?

Każdy z nas ma swoją historię, swoje doświadczenia i swoje wspomnienia, które budują jego osobowość i kształtują podejście do życia. Dla mnie, jednym z najsilniejszych elementów mojej tożsamości jest poślubna podróż dookoła świata, w którą wyruszyliśmy niedługo po ślubie prawie 10 lat temu. 246 dni w podróży, setki poznanych ludzi, tysiące krajobrazów, niezliczona ilość wspomnień i spełnione marzenia. Co daje odbycie takiej podróży? Dlaczego warto ruszyć dookoła świata i doświadczyć bogactwa i różnorodności świata? Jak taka podróż zmienia nasze myślenie i życie? Jeśli chcesz poznać odpowiedzi na te pytania, włącz szósty odcinek podcastu i wybierz się z nami w podróż dookoła świata:

Aby wysłuchać podcastu na tej stronie, użyj poniższego odtwarzacza. Zobacz jak słuchać podcastów wygodniej.

Południk środkowy 150°E – Australia

Źródło

Południk środkowy 90°W – Ameryka

Źródło

Mapa świata do góry nogami

Źródło

Dlaczego warto pojechać w podróż dookoła świata. Transkrypcja.

Cześć, witam Cię serdecznie w szóstym odcinku podcastu, w którym opowiem Ci o tym dlaczego warto pojechać w podróż dookoła świata. Tak po prostu. I choć temat na pierwszy rzut ucha temat nie brzmi zbyt ojcowsko, to dla mnie osobiście   , jest zupełnie odwrotnie, bo to jakim jestem człowiekiem, mężem, ojcem i jakie wartości przekazuję moim dzieciom nierozerwalnie wiąże się się z tym, co miałem przyjemność doświadczyć 10 lat temu.

A przy okazji, poznamy się nieco bliżej.

Nasza podróż

Dokładnie 10 lat temu, wyszedłem rano na balkon naszego małego przytulnego apartamentu w Pokharze, drugim co do wielkości mieście Nepalu. Jola, moja wówczas od 5 miesięcy żona dosypiała kolejną noc naszej podróży poślubnej, a ja miałem czas by rozkoszować się cudownym porankiem.

Jezioro Phewa Tal błogosławiło poranną bryzą, słońce leniwie rozgrzewało chłodne powietrze, a ja patrzyłem jak urzeczony na ośnieżone szczyty Himalajów. Sięgające nieba góry były namacalnym dowód na to, że marzenia się spełniają, bo następnego dnia, po opłaceniu pozwoleń, mieliśmy ruszyć na himalajski trekking, który w głowie siedział mi od kiedy pierwszy raz postawiłem nogę w polskich Tatrach.

A dlaczego tak dobrze pamiętam akurat ten dzień? Bo wtedy, tak jak i dziś kiedy nagrywam dla Was te słowa, były moje urodziny. Byłem młody, nie miałem żadnych zobowiązań a moją żoną była wspaniała odważna dziewczyna, która nie wahała się zostawić pracy i domowego gniazdka, które właśnie zaczynaliśmy wić, by ruszyć na nieznany szlak.

Plan był prosty. W rok objechać świat.

Moc wspomnień

Bo to, co zostanie w nas po powrocie do domu, to właśnie wspomnienia, którymi możemy się dzielić z innymi, a także stawiać przed oczami, gdy złapie nas jakaś jesienna depresja. Albo gdy mając trójkę dzieci opadniemy z sił po całym tygodniu i z kieliszkiem wina w ręce któreś z nas zacznie:

A pamiętasz ten sztorm na Zatoce Perskiej, gdy w drewnianym kutrze bujaliśmy się na falach jak łupinka od orzechów?

  • A pamiętasz jak w wigilię szukaliśmy transportu z Jerycha do Betlejem i dalej do Jerozolimy?
  • A pamiętasz jak na Koh Chang wypożyczyli nam motocykl, choć nie miałem pojęcia jak się na nim jeździ i miałem 5 minut by się nauczyć?
  • A pamiętasz ten nocleg w bambusowej chatce nad brzegiem morza?
  • A ten zachód słońca nad Uluru?
  • Pamiętasz…?

Tysiące obrazów wciąż siedzi w naszej głowie, czasem są uśpione, ale obudzone przypominają nam, że udało nam się. Że przeżyliśmy chwile trudne i chwile straszne, ale także te wypełnione śmiechem, radością i miłością.

Przeżyliśmy to razem, więc teraz nic nam nie straszne. Razem zawsze damy radę.

Wspomnienia to także zdjęcia, setki, tysiące zdjęć. Obecnie, w czasach permanentnego cykania fotek telefonem i wrzucania ich na instagram, by po chwil zobaczył je cały świat może to brzmieć nieco abstrakcyjnie, ale w domu mam jeszcze slajdy z tej podróży. Takie w ramkach, analogowe, które oszczędnie cykałem na 30 rolkach Provii. Średnio trzy zdjęcia na dzień. Brzmi jak prehistoria.

Ale już wtedy w 2008 roku zdarzało się, że gdy w Indiach, Iranie czy Peru robiłem zdjęcia dzieciom, a one podchodziły by zobaczyć się na wyświetlaczu, to nie mogły uwierzyć, że tam nic nie ma. Dziwne nie? One już były przyzwyczajone do turystów z cyfrówkami.

W sumie to tak myślę, że moje dzieci nie widziały chyba jeszcze nigdy aparatu, który nie byłby cyfrowy. Muszę im chyba pokazać zenita, którego używał ich dziadek.

Ale to oszczędzanie zdjęć i szanowanie kadru bardzo pomogło mi rok później, podczas przygotowania prezentacji z naszej podróży na Kolosy czyli coroczne ogólnopolskie spotkania podróżników, żeglarzy i alpinistów. Twardy wymóg nieprzekraczalnego progu 30 minut wymusił ostre cięcia. 1800 sekund na opowieść. 200 zdjęć da nam średnio 9 sekund wyświetlania jednego ujęcia. Z trudem, ale się udało.

Dzielenie się wspomnieniami, swoimi odczuciami z podróży jest wspaniałym uczuciem, ale powiem Wam, że gdy zobaczyłem 12 metrowy ekran i ponad 2000 ludzi na sali, to kolana zmiękły mi bardziej niż podczas chodzenia po szklanej podłodze telewizyjnej wieży CN Tower w Toronto.

Ale gdy nadeszła nasza kolej, nasze pół godziny, w których mieliśmy streścić 246 dni, opisać wrażenia z 19 krajów na 5 kontynentach, to strach uleciał, na te 30 minut znów przenieśliśmy się tam. Czuliśmy zapach bazaru w Tabrizie, smak słodkiej syryjskiej baklawy i wertepy boliwijskich bezdroży. Czuliśmy gorące powiewy wiatru australijskiego outbacku, mroźne poranki w Himalajach czy ciężkie, wilgotne powietrze Tajlandii. Znowu tam byliśmy. A przy okazji poczułem, że lubię mówić do ludzi.

Moc wspomnień jest niesamowicie silna i gdy wydaje nam się, że zdarzenia sprzed 10 lat zacierają nam się w pamięci, to gdy zaczynamy o nich mówić, wracają i przenoszą nas tam, gdzie wtedy byliśmy.

Muszę się Wam przyznać, że nawet teraz gdy mówię te słowa i wracam do wydarzeń sprzed 3000 dni, serce zaczyna bić mi szybciej, jakbym przenosił się w czasie. Z resztą spróbujcie sami. Zróbcie sobie pauzę i zacznijcie przypominać sobie najprzyjemniejszy okres Waszego życia, najszczęśliwsze dni i chwile. Jeśli nie możecie tego zrobić teraz, to zróbcie to wieczorem.

Jeszcze lepiej, jeśli macie kogoś z kim dzielicie takie wspomnienia. Zacznijcie o tym rozmawiać. Zobaczycie jak przeniesiecie się znów w swój własny wspaniały świat wspomnień.

Wracając jeszcze do Kolosów, nasze 30 minutowe streszczenie podróży dookoła świata okazało się na tyle dobre, że w niedzielę, podczas ogłaszania wyników ze zdumieniem weszliśmy na scenę odbierając nagrodę publiczności za najlepszą prezentację Kolosów za rok 2008. I wtedy podczas podróżniczego święta, a także potem na innych pokazach w różnych miejscowościach Polski często padało pytanie:

które miejsce było najpiękniejsze? Który kraj był najfajniejszy?

I wiecie, pomimo tego, że próbowałem wymyślić sobie jakąś odpowiedź, by mieć ją zawsze gotową, to nigdy mi się nie udało, Jak porównać ze sobą nowoczesne i mega przyjazne nowozelandzkie Auckland, gdzie ludzie w biznesowym centrum miasta wychodzą na lunch boso z dzikimi, niemal kosmicznymi krajobrazami Altiplano?

Jak porównać mistykę ukrytego w Andach Machu Picchu z pełnymi życia ulicami Nowego Jorku?

Nie da się, każdea z tych miejsc wyjątkowe i zwyczajnie się nie da. A może się da, tylko ja tego nie potrafię wybrać, bo przygniata mnie nadmiar możliwości wyboru, jaki daje taka długa podróż?

Bo to właśnie jest też kolejnym powodem, dla którego warto pojechać w podróż dookoła świata.

Pełen wachlarz doświadczeń

Zakładając że będziesz podróżował kilka miesięcy, musisz zahaczyć o kilka kontynentów. W wersji mini możesz przeciąć świat wzdłuż równoleżnika, na którym żyjemy w Polsce i wtedy zwiedzisz Europę, Azję i Amerykę Północną. W wersji Premium możesz być wszędzie, nawet na Antarktydzie, ale to już może nieco nadszarpnąć backpackerski budżet.

Podróżując przez różne kontynenty, doświadczysz na własnej skórze kilka stref klimatycznych i to co na lekcjach geografii o różnicach między klimatem suchym i wilgotnym trzeba było wkuć na pamięć, odczujesz na własnej skórze męcząc się w tropikach. Myślisz że polskie lato jest gorące? Czterdzieści stopni na amerykańskim pustkowiu wyleczyło mnie z narzekania na upał.

Pouczające jest także to, że przemierzając trasę lądem, bez szybkich przelotów, klimat zmienia się powoli, niezauważalnie, z dnia na dzień. Tak samo jak strefa czasowa.

Jeśli leciałeś kiedyś samolotem do ciepłych krajów, to po wylocie z Polski w styczniu czy lutym, na miejscu odczuwasz szok temperaturowy, a jeśli wylądowałeś gdzieś w Azji to także skutki jet lagu. Przemierzając kilometr po kilometrze lądem lub statkiem, wszystko jest płynne. Zmiana pogody w czasie nie jest wówczas funkcją dyskretną, ale ciągłą. Jest po prostu stopniowo coraz cieplej albo coraz chłodniej, zależy od kierunku Twojej podróży.

Przemierzając różne części świata doświadczysz też różnych kultur, a panujące zwyczaje, zupełnie inne niż w Polsce, nie tylko zobaczysz z bliska, ale też staniesz się ich częścią.

W Iranie metrem podróżowaliśmy w różnych wagonach – męskich i żeńskich i tak samo odwiedzaliśmy większość najważniejszych meczetów (oczywiście tych, do których nas wpuszczono). Do Jerycha wjeżdżaliśmy autobusami wypełnionymi po brzegi pielgrzymami wracającymi z Hadżdżu – świętej muzułmańskiej pielgrzymki do Mekki, a w Argentynie pierwsze pociągnięcie kilkunastu łyków yerba mate nie dało mi zasnąć do rana.

W Indiach mieszanka kąpiących się ludzi, świętych krów i palonych zwłok nad brzegiem Gangesu pokazała mi, jak różna jest nasza codzienność od tej istniejącej kilka tysięcy kilometrów dalej.

Ilość i mnogość doświadczeń, jakie zbierzesz podczas zwiedzania całego świata da Ci więcej niż codzienne oglądanie Discovery Channel czy Planete. Bo choć być może w telewizji zobaczysz więcej, bardziej kolorowo i z większymi szczegółami, to będąc na żywo w danym miejscu jesteś sam częścią atmosfery.

Podczas Aszury, jednego z najważniejszy świąt szyickich byliśmy wewnątrz karawanseraju, w którym odbywały się tradycyjne procesje biczowników. W Aleppo i Damaszku, podczas święta ofiarowania Id al Adha ulice skąpane były w zapachu świeżej krwi, mięsa i skór, które składowane były przy skrzyżowaniach.

Z kolei w Buenos Aires, spełniając jedno z marzeń Joli, nasi gospodarze zabrali nas do klubu Milonga, gdzie setki par, w oparach papierosowego dymu, na znak prowadzącego zaczęły unosić się w rytm boskiego tanga.

Tych doświadczeń, niezwykłych momentów są setki i każde z nich jest niepowtarzalne.

Życzliwa i wylewna gościnność mieszkańców Syrii była tak wielka i tak nas czasem zawstydzała, że nasza przysłowiowa tradycyjna polska gościnność mogłaby się od niej wiele nauczyć.

Fenomen tego kraju był dla mnie tak nieoczywisty i tak mocno we mnie siedział po powrocie, że poświęciłem mu mój pierwszy w życiu artykuł do gazety, który ukazał się w dziale Podróże w Rzeczpospolitej.

Ludzie spotykani podczas podróży

A skoro jesteśmy już przy gościnności, to kolejnym powodem, dla którego warto ruszyć na szlak są właśnie ludzie. Ci mijani na ulicy, ci spotkani w środkach transportu, ci zabierający Cię na stopa, ci przepędzający cię, a także ci, którzy otworzą dla Ciebie drzwi swojego domu.

Mieliśmy niezwykłe szczęście do ludzi spotykanych po drodze. W ciągu 246 dni podróży nocowaliśmy u kilkudziesięciu osób i rodzin ze wszystkich krajów. W dużej mierze były to noclegi znajdowane przez stronę Hospitality Club, która niedługo później została wyparta przez CouchSurfing. Czasem było to spontaniczne nocowanie u osób, które zabrały nas na stopa, a kilka razy także u rodziny rozsianej po świecie lub znajomych znajomych, którzy przyjmowali nas według zasady przyjaciele moich przyjaciół są moimi przyjaciółmi.

I to wcale nie było tak, że tylko ludzie młodzi przyjmowali nieznanych podróżników pod swój dom. W tureckim Izmirze naszym hostem była rodzina, której ojciec zapraszał do domu gości, by jego dzieci miały szansę porozmawiać po angielsku. Dzięki temu spędziliśmy wieczory na wzajemnym poznawaniu się i odkrywaniu różnych sposobów życia. W Bombaju nocowaliśmy u studenta akademii filmowej, którego mieszkanie nie miało więcej niż 15m2, a łazienka, hmmm.

Wystająca ze ściany rura jako prysznic i woda spływająca do ziejącej obok dziury z toalety w stylu hinduskim, czy też mówiąc po naszemu „Na Małysza”. Ale rano spędziliśmy kilka godzin na oglądaniu transmisji z krykietowego meczu Indie-Pakistan, a pasjonujący wykład o tym dziwnym dla nas sporcie o codziennych relacjach hindusko-muzułmańskich, o tarciach między rządami dwóch sąsiadów miał miejsce na podłodze małej klitki w Bombaju.   

W nowozelandzkim Rotorua gościła nas z kolei przeurocza Madeleine, której syn podróżował po Europie korzystając z Couchsuringu, a ona przyjmując nieznanych podróżników pod dach odwdzięczała się za okazaną mu pomoc. Chociaż sama nie podróżowała, dzięki odwiedzinom ludzi z różnych krajów, czuła się częścią podróżniczego świata.

Kierowcy, którzy zabrali nas na stopa, także stanowią ciekawą grupę, a tak jak w Polsce, tak i za granicą motywacje zabierających są inne. Niektórzy jeździli tak za młodu i teraz chcą pomagać innym. Z kolei kierowca australijskiego Road traina, potężnej ciężarówki z trzema przyczepami ma do najbliższego skrętu w prawo 900km prawie całkowicie prostej nitki asfaltu i zwyczajnie chce z kimś pogadać.

Starszy pan jadący na niedzielne nabożeństwo w geście miłosierdzia zabiera nas ze spalonej słońcem drogi i na koniec wręcza 100$ banknot byśmy zjedli dziś porządny obiad, a na stanowcze protesty odpowiada, byśmy w ramach podziękowania pomodlili się za jego niedawno zmarłą żonę.

Podróż Cię zmienia

Ci wszyscy ludzie, których wspomniałem, miejsca, które widzieliśmy, doświadczenia które przeżyliśmy zarówno wtedy jak i dziś, po latach mają duży wpływ na to kim jesteśmy i jak postrzegamy świat, ale oprócz tych doświadczeń, wraz z kolejnymi tygodniami życia w ciągłej podróży to w głowie zaczynają przechodzić przemiany, dzięki którym stajesz się innym człowiekiem.

Po pierwsze zaczynasz dostrzegać, że nie ma jednego centrum świata, ale każdy człowiek ma swój własny środek. Nie ma jednego idealnego systemu, który sprawdzi się wszędzie.

To że u nas coś działa nie znaczy że tak będzie gdzie indziej, ba zobaczysz, że gdzie indziej rzeczy są o wiele lepiej zorganizowane, ale czy da się je przenieść do nas w skali 1:1?

Pierwszym doświadczeniem naruszającym moje podwaliny europocentryzmu było ciekawe spotkanie podczas rejsu przez leżące na jezioro Wan leżące we wschodniej Turcji na Wyżynie armeńskiej. W mesie naszego promu spożywaliśmy wspólny posiłek z około 30-letnim mężczyzną o wyraźnie bliskowschodnich rysach i typowym dla tego regionu ubiorze. Niestety dziś już nie pamiętam jego imienia, dla wygody nazwijmy go Farzan,

Po kilku chwilach wzajemnego przełamywania lodów okazało się, że pomimo odmiennej powierzchowności, byliśmy bardzo do siebie podobni. Obaj interesowaliśmy się innymi kulturami i cieszyło nas poznawanie nowych ludzi, obaj podróżowaliśmy, choć zapewne w innych celach i ostatecznie obaj znaliśmy kilka języków. I właśnie ten ostatni punkt – znajomość języków obcych pokazał mi, jak bardzo różnią się od siebie światy, które na mapie dzieli przecież tylko kilkanaście centymetrów.

Farzan z uznaniem wyraził się o mojej znajomości języków, ale z uśmiechem dodał, że w regionie, w którym się znajdujemy o wiele bardziej przydatne niż mój angielski, hiszpański czy niemiecki są turecki, arabski, perski i rosyjski. Dzięki znajomości tej czwórki Farzan mógł bez problemu porozumieć się z prawie każdym mieszkańcem bliskiego wschodu, Azji Centralnej czy Rosji co daje około pół miliarda ludzi.

Było to dla mnie naprawdę bardzo odkrywcze.

Drugim zderzeniem z tym, że świat może być zorganizowany inaczej była podróż przez Iran. Wiele rzeczy jest tam dla nas dziwnych, niezrozumiałych, a czasami nawet trudnych do zaakceptowania. Ale abstrahując od religijnych i politycznych powodów takiego stanu rzeczy, zadziwiającym był fakt, że tak powszechne na całym świecie karty płatnicze i kredytowe jak Visa czy Mastercard w Iranie nie działają. Kraj ten posiada swój własny system bankowy, odcięty od reszty świata i choć można tam bez problemu wymienić euro i dolary, to nie posiadając konta i karty irańskiego banku, nie skorzystamy z ulicznych bankomatów. Dlatego wjeżdżając do Iranu, lepiej mieć zapas gotówki ze sobą.

Trzecim doświadczeniem pokazującym jak bardzo mylimy się w tym, że żyjemy w centrum świata są mapy. Podejrzewam, że każdy z nas kojarzy mapę świata, jakiej używamy w Polsce i innych krajach Europy. Południk 0 na środku, Ameryka na jednym brzegu, a po przekątnej oddalona Australia, a wyspy Oceanii to małe niepołączone ze sobą kropeczki na bezmiarze Oceanu Spokojnego. Ale nie wszyscy używają takich map.

Czy wiesz, że na mapach w Nowej Zelandii to Europa jest na rubieżach świata, a centrum stanowi grupa wysp, które w wyobraźni przeciętnego Europejczyka w ogóle nie istnieją. A widzieliście Rosję przedzieloną na pół na mapach Amerykocentrycznych?

Niby to tylko mapa, niby tylko przedstawienie tej samej kuli ziemskiej, ale położenie środka wiele nam mówi o tym, co powinno nas interesować. A to co jest w rogu? Chyba mało ważne. Taki świat kategorii B.

I tym tropem dochodzimy do kolejnej konkluzji, mianowicie tego, że

większości ludzi na świecie zupełnie nie obchodzi to co dzieje się w Polsce. Dlaczego? Każdy kraj ma swoje własne kryzysy, swoje problemy i swoje własne radości.

Ma swoich polityków, swoich celebrytów, własne plotki i wewnętrzne rozgrywki. I dlatego pojawiające się co jakiś czas w portalach internetowych tytułu „kompromitacja na cały świat” czy „wszyscy się z nas śmieją” to tak naprawdę puste frazesy i zupełnie niewiarygodne clickbaity, bo to co w Warszawie powiedział jakiś polityk, celebryta czy sportowiec z każdym kilometrem dalej od Polski staje się mniej ważne. Aż tak naprawdę ginie.

Zastanów się, kiedy ostatni raz słyszałeś wiadomość o Nowej Zelandii, Boliwii, Lesotho czy innym odległym kraju? Czy było to przy okazji trzęsienie ziemi? Katastrofalnej powodzi? A może tsunami? A jak myślisz, czy w tych krajach nie ma intryg, ośmieszających się polityków i wygadujących głupoty gwiazd i dziennikarzy?

Ta świadomość pomaga nie tylko w ocenianiu ważności zjawisk czy wydarzeń, ale też w skutecznym eliminowaniu śmieciowych wiadomości, a także co ważne dla mnie jako ojca, jest tym, co przekazuję moim dzieciom. Że nie jesteśmy pępkiem świata, że to co dzieje się tutaj, że to czego doświadczamy na co dzień jest jedną z miliardów rzeczy, które codziennie dzieją się dookoła globu i nie możemy się na nich zbyt mocno koncentrować.

A najlepiej spojrzeć na nie z boku i zastanowić się, czy to czym się martwię jest rzeczywiście tak ważne? Czy trudne momenty zdarzają się tylko mi, czy tysiącom ludzi na całym świecie? Czy za pół roku, rok, moje problemy będą równie istotne, czy może z czasem znikną?

Doświadczenie powrotu

Ale ten kij ma też drugi koniec, będąc w podróży przez kilka miesięcy, stopniowo odcinasz się od tego co dzieje się w kraju. My przez pierwsze tygodnie zaglądaliśmy jeszcze na portale internetowe, żeby sprawdzić co słychać w Polsce, ale z czasem coraz robiliśmy to coraz rzadziej.

Nie zastanawiałem się wówczas nad tym, ale teraz wiem, że razem z nami wędrował także nasz świat, a z nim jego centrum. Będąc na Bliskim Wschodzie bardziej interesował i dotyczył nas zamach na premier Pakistanu Benazir Bhutto niż odbywający się właśnie finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy czy orkan który przeszedł nad Polską

Podróżując po Ameryce Południowej strajk boliwijskich górników blokujących drogi był dla nas czymś bardzo dotkliwym. W Polsce pewnie nikt o nim nie słyszał.

Z tego powodu powroty do kraju po dłuższej nieobecności są bardzo ciekawe bo nagle wpadasz do systemu, do którego przestałeś pasować. Twoi znajomi rozmawiają o rzeczach, o których nie masz pojęcia że Cię dotyczą i zastanawiasz się, czy okołopolityczne dysputy i wewnętrzne spory są naprawdę tak pasjonujące i tak ważne?

Nie zdziw się też, jeśli ktoś z Twoich znajomych wróci z podróży i przez pewien czas nie będzie się orientował co się dzieje. To normalne.

Po prostu nasz środek świata podróżuje wolniej niż nasze ciała.

Spotkają się za kilka dni. I tego uczucia, takiego zagubienia w czasie i przestrzeni wywołanego przez wędrujący środek świata po kilkumiesięcznej podróży dookoła świata życzę Ci z całego serca.

Zgadzasz się? Chcesz coś dodać?
A może gadam bzdury?

 Podziel się swoim doświadczeniem w komentarzu poniżej, napisz do mnie

i puść ten post dalej w świat:

Skoro doczytałeś do końca, to chyba Ci się podobało 😉 Pozwól zapoznać się z tym wpisem także Twoim znajomym:

O mnie

Nazywam się Jarek Kania i pokazuję jak stać się rodzicem, jakiego sam chciałbyś mieć.

Zobacz więcej

Spis treści

Więcej w temacie

Rodzicielskie wskazówki

Nowym artykułom często towarzyszą dodatkowe materiały z rodzicielskimi wskazówkami. Mogę Ci je wysyłać bezpośrednio na mejla. Chcesz?

Na początek otrzymasz ode mnie 3 soczyste ebooki.

Polub - to nie boli

Więcej inspiracji

Lubisz niespodzianki?

t

Kliknięcie znaku zapytania przeniesie Cię na losowo wybrany artykuł.

Daj się zaskoczyć 😉